Opinie

Zdjęcie ilustracyjne / autor: Materiały prasowe
Zdjęcie ilustracyjne / autor: Materiały prasowe

Toksyczne kredyty frankowe zarażają całą gospodarkę

Dr hab. Jan L. Bednarczyk, prof. ucz.

Dr hab. Jan L. Bednarczyk, prof. ucz.

Uniwersytet Technologiczno-Humanistyczny w Radomiu Politechnika Świętokrzyska w Kielcach

  • Opublikowano: 23 marca 2021, 09:51

    Aktualizacja: 24 marca 2021, 10:56

  • Powiększ tekst

Banki mogą jeszcze uratować swoją reputację jako instytucje zaufania publicznego. Muszą jednak przyjąć do wiadomości, że w kwestii kredytów indeksowanych kursem franka nie pozostają bez winy. Nieetyczne jest przerzucanie tej winy na klientów. Banki sprzedawały toksyczny produkt, który zaraża i prawdopodobnie będzie zarażał w przyszłości jeszcze mocniej polską gospodarkę i muszą to naprawić – uważa dr hab. Jan L. Bednarczyk.

Dyskusja na temat tzw. kredytów frankowych trwa w Polsce właściwe od drugiej połowy 2008 roku, gdy wskutek gwałtownego pogłębienia się kryzysu finansowego na Zachodzie, międzynarodowy kapitał spekulacyjny zaczął poszukiwać tzw. bezpiecznych przystani, windując kurs szwajcarskiej waluty do irracjonalnie wysokiego poziomu. Razem z początkiem ożywienia w Stanach Zjednoczonych (I kwartał 2009 r.) kurs franka zaczął nieco słabnąć, ale nie trwało to zbyt długo; w kolejnych latach znów pojawiły się fazy szybkiego umacniania się szwajcarskiej waluty. Traktując okres od 16 lipca 2008 do 21 lutego 2009 jako początkową fazę „kryzysu frankowego” (wzrost kursu z 1,97 do 3,24 a zatem o 64,5 proc.), kolejne fazy dynamicznego umacniania się kursu franka miały miejsce: druga faza od 12 marca 2010 do 17 maja 2012 (wzrost kursu z 2,72 do 3,65, a więc o 34,2 proc.), trzecia, od 23 listopada 2014 do 20 listopada 2016 (wzrost kursu z 3,46 do 4,17 a zatem o 20,5 proc.), czwarta, rozpoczęta 12 kwietnia 2018 i nadal trwająca (umocnienie kursu franka z 3,54 do około 4,18 a zatem o 18,1 proc.).

W całym okresie 16 lipca 2008 – 19 marca 2021 kurs franka umocnił się w stosunku do złotego o 112,18 proc. O tyle samo procent powiększyłby się również kapitał do spłaty hipotetycznego, przeciętnego kredytobiorcy frankowego w wyrażeniu złotowym, gdyby nie spłacał rat kredytowych!!!

Pieniądz wirtualny – dług prawdziwy

Wpływ skokowych wzrostów kursu franka na sytuację osób zadłużonych w tej walucie możemy prześledzić na prostym przykładzie, posługując się danymi sprzed kilku lat, gdy „kryzys frankowy” uległ gwałtownemu zaostrzeniu. Po skokowym wzroście 15 stycznia 2015 kursu franka do złotego z poziomu około 3,54  do poziomu 4, 31 okazało się, że liczone i spłacane w złotych zadłużenie Polaków, w odniesieniu do kredytów i pożyczek indeksowanych we frankach szwajcarskich wzrosło o prawie jedną piątą, tj. o wartość około 27 mld złotych. Jest to tylko wzrost zadłużenia z tytułu rat kapitałowych; do tego należałoby dodać kolejne 4-5 mld złotych wzrostu zadłużenia z tytułu rat odsetkowych, co razem dawało wzrost obciążenia spłatami o około 31-32 mld. złotych.

Przyjmując, że tego typu kredyty spłacało wówczas 700 tysięcy osób (rodzin) oznaczało to, że w wyniku tylko jednorazowego zdarzenia, jakim było wówczas wycofanie się Narodowego Banku Szwajcarii ze zobowiązania utrzymywania stałego parytetu wymiany franka do euro na poziomie 1,2, majątek netto każdej osoby spłacającej kredyt ( pożyczkę) indeksowany we frankach skurczył się średnio o około 45 tysięcy złotych.

Część komentatorów argumentowała, że był to tylko proces przejściowy, gdyż kurs franka mógł ulegnąć wkrótce osłabieniu i strata pożyczkobiorcy nie byłaby aż tak duża. Problem jednak w tym, że od 6 sierpnia 2008 r. ( kiedy złotowy kurs franka osiągnął historyczne minimum na poziomie 1,9786 ), frank stale drożał i nadal drożeje. Po każdym „skoku” kurs franka w istocie stabilizował się na niższych poziomach, jednak były one z reguły wyższe o około 20 proc. od poziomów obserwowanych wcześniej. W konsekwencji, pomimo regularnej obsługi tego rodzaju kredytów i pożyczek, ich liczona w złotych wartość pozostająca do spłaty ( kapitał oraz należne odsetki) gwałtownie rosły, osiągając obecnie absurdalne wartości.

I tak np., jeśli ktoś zaciągnął w lipcu 2007 roku kredyt na 20  lat, przy oprocentowaniu rzędu 4,20 proc. rocznie ( stopa rzeczywista wyniosła wówczas około 5,10 proc.), to  w lutym 2015, licząc w wyrażeniu złotowym ( kurs 4 złote za franka), pozostawał mu do spłaty prawie dokładnie cały kapitał (!). Absurd tej sytuacji jest tym większy, że klient spłacił w tym czasie około 40 procent wartości kapitału udostępnionego mu w wirtualnych frankach, ale z punktu widzenia realizacji jego umowy z bankiem pozostawał jakby nadal na początku procesu spłaty.

W najgorszej sytuacji znalazły się osoby, schwytane przez sprawne służby marketingowe banków w pułapkę „tanich” kredytów hipotecznych w okresie czerwiec-sierpień 2008, kiedy kurs franka przejściowo kształtował się w pobliżu (a nawet poniżej) 2 złotych. W tym przypadku, pomimo wielu lat obsługi kredytu, liczony w złotych kapitał do spłaty może być znacznie wyższy niż kapitał pożyczony przez bank.

Kto i dlaczego zachęcał

Trudna sytuacja ekonomiczna osób, które podpisały z bankami umowy o kredyty udzielone w złotych, lecz indeksowane kursem franka, zmusza do refleksji nad przyczynami, które skłoniły je do podjęcia takiej decyzji. Najważniejszą z nich był oczywiście „głód mieszkaniowy” młodych osób (małżeństw), z reguły z dużych ośrodków miejskich. Osoby te poszukiwały taniego sposobu sfinansowania zakupu mieszkania. Takim sposobem praktykowanym w całym świecie jest zaciągnięcie kredytu hipotecznego, który ze swojej istoty charakteryzuje się długim okresem spłaty oraz relatywnie niskimi bieżącymi kosztami obsługi. Wychodząc naprzeciw potrzebom rynku, działające w Polsce banki komercyjne stworzyły nowy produkt, jakim były kredyty indeksowane w walutach obcych. Największą popularnością cieszyły się kredyty we frankach szwajcarskich. Zaletą tych kredytów dla klientów miało być ich niskie oprocentowanie, znacznie niższe niż podobnych kredytów złotowych. Wadą natomiast możliwość umocnienia się kursu franka, przed czym od samego początku przestrzegał Europejski Bank Centralny, jaki również Narodowy Bank Szwajcarii. W przypadku umacniania się franka przeliczona na złote wartość kredytu mogła znacząco wzrosnąć, pociągając za sobą nawet niewypłacalność kredytobiorców.

Ostrzeżenia te zostały jednak prawie całkowicie zignorowane zarówno przez polskie instytucje państwowe (Narodowy Bank Polski, Komisję Nadzoru Bankowego a od 1 stycznia 2008 Komisję Nadzoru Finansowego), przez instytucje powołane do ochrony praw obywatela i konsumenta ( Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Rzecznika Praw Obywatelskich) a zwłaszcza przez oferujące te kredyty banki.

W połowie pierwszej dekady lat 2000. tego typu niebezpieczeństwo wydawało się polskim organom decyzyjnym i kontrolnym mało prawdopodobne zwłaszcza, że Rada Polityki Pieniężnej I kadencji na czele z Leszkiem Balcerowiczem zupełnie poważnie myślała o wprowadzeniu Polski do strefy euro już w 2007 roku (!), czego skutkiem byłaby stabilizacja w ciągu kolejnych dwóch lat kursu złotego w maksymalnym przedziale wahań +/- 15 proc. w stosunku do tzw. kursu centralnego, wynegocjowanego z władzami unijnymi. Nie ma potrzeby roztrząsać jak tragiczne dla Polski mogłoby się skończyć wdrożenie wówczas tego planu, biorąc pod uwagę skalę i wpływ kryzysu finansowego 2007+.

Niemniej jednak plan ten mógł skłaniać kredytobiorców do korzystania z przedstawianej przez banki oferty kredytów indeksowanych kursem franka, kierując się przekonaniem, że  wobec tak bliskiej perspektywy pełnego polskiego członkostwa w Unii Gospodarczej i Walutowej nie ma większego znaczenia, czy zaciąga się kredyt w złotych, czy w walutach obcych; wkrótce przecież wszyscy będą zarabiali w stabilnej walucie europejskiej i ryzyko walutowe przestanie mieć większe znaczenie.

Oczekiwania co do szybkiej akcesji Polski do strefy euro okazały się na szczęście zwykłą mrzonką, natomiast upadek we wrześniu 2008 roku amerykańskiego banku inwestycyjnego Lehman Brothers rozpoczął etap gwałtownej aprecjacji franka szwajcarskiego. Wtedy po raz pierwszy okazało się jak ułomne i niekorzystne dla klientów były umowy, jakie banki podpisywały w segmencie kredytów indeksowanych w walutach obcych (w tym we frankach).

Banki z większymi prawami

Zasadniczą wadą tych umów jest nierównoprawne traktowanie stron a  zwłaszcza zapewnienie bankom w pewnych warunkach możliwości całkowitego pozbawienia kredytobiorcy własności, pomimo, że kredytobiorca uczciwie wywiązywał się ze zobowiązania wobec banku. Możliwość taka pojawia się wówczas jeśli kurs franka o kilkadziesiąt procent przekroczy poziom z dnia udzielenia kredytu ( co w istocie ma miejsce) i kiedy wartość kredytowanej nieruchomości a nawet całego majątku kredytobiorcy, pomimo sumiennej obsługi kredytu, będzie stanowić jedynie ułamek zobowiązania wobec banku. W takim przypadku, zgodnie z ustawą Prawo bankowe, bank może zażądać dodatkowych zabezpieczeń kredytu a wobec ich braku, postawić część lub całość kredytu w stan natychmiastowej wymagalności. Dla sporej części kredytobiorców oznaczałoby to praktyczne całkowite pozbawienie ich własności, co wydaje się pozostawać w sprzeczności z art. 31 p.2 oraz art.64 p.2 Konstytucji RP.

Umowa o kredyt indeksowany kursem franka byłaby umową równoprawną gdyby nie dawała bankom możliwości zmiany wartości udzielonego kredytu (wartości kapitału) w trakcie trwania umowy, lub przynajmniej określała górny (dolny) przedział kursowy, powyżej (poniżej) którego kredyt stawałby się zwykłym kredytem złotowym. W obecnych warunkach kapitał pożyczony może rosnąć w nieskończoność, w zależności od  skali kryzysów politycznych, ekonomicznych a nawet humorów/sentymentów międzynarodowych spekulantów walutowych.

Należy zauważyć, że wzrost kursu franka, jakkolwiek tragiczny dla osób spłacających kredyty indeksowane, wywiera bardzo pozytywny wpływ na sytuację ekonomiczną banków, które są w te kredyty zaangażowane, co wyjaśnia oportunizm i opieszałość tych instytucji w rozwiązaniu tego problemu. Prześledźmy to na uproszczonym przykładzie, znowu cofając się do realiów 2015 roku. Załóżmy, że bank udzielił klientowi pożyczki indeksowanej kursem franka, w złotych, na 1 rok, w wysokości stanowiącej równowartość 1000 CHF, przy kursie 2,2 PLN za 1 CHF i oprocentowaniu 5 proc (2200 PLN).

Przyjmijmy, że bank miał wówczas możliwość pozyskania kapitału przy średnim ważonym koszcie 4 proc. ( 96 PLN). Pomińmy prowizję i różnice kursowe, jakie otrzymuje bank z tytułu rozliczenia tej operacji i skupmy się tylko i wyłącznie na odsetkach i zmianie wysokości kapitału, które stanowią w tym przypadku główne źródło przychodu bankowego. Przyjmijmy, że po roku kurs franka wzrósł do  poziomu 3,2 PLN za 1 CHF. Aby spłacić pożyczkę klient musi nabyć od banku (lub na rynku) 1050 CHF (kapitał plus odsetki), płacąc za nie 3360 PLN i wpłacić na rachunek kredytowy nominowany we frankach. Bank upłynnia na rynku 1050 CHF za złote inkasując 3360 PLN.

Dochód banku z tytułu rozliczenia pożyczki wynosi 3360-2200-96=1064 PLN, czyli ponad 48 proc. w skali rocznej (!) i to bez uwzględnienia wpływów z różnic kursowych, prowizji i innych przychodów, jakie bank może otrzymywać. Przypomnijmy, że od jesieni 2008 do stycznia 2015 roku kurs franka wzrósł o około 80 proc. ( z około 2.2 do 4,0 PLN za 1 CHF), co pokazuje skalę korzyści, jakie banki odniosły z obsługi tej grupy klientów, ale też i skalę wyzysku jakiego dopuściły się przy całkowicie biernej postawie instytucji państwa.

Jak uratować reputację

Jak należałoby ten problem rozwiązać? Banki mogą jeszcze uratować swoją reputację jako instytucje zaufania publicznego. Muszą jednak przyjąć do wiadomości, że w kwestii kredytów indeksowanych kursem franka nie pozostają bez winy.

Nieetyczne jest przerzucanie tej winy na klientów. Banki sprzedawały toksyczny produkt, który zaraża i prawdopodobnie będzie zarażał w przyszłości jeszcze mocniej polską gospodarkę i muszą to naprawić.

Dowodem na to, że jest to produkt toksyczny był chociażby komentarz Prezesa NBP po styczniowym posiedzeniu RPP w 2015 roku, w którym wskazał, że dyskusja wokół tej kwestii (tj. kursu franka) jest czynnikiem destabilizującym i utrudniającym podejmowanie (wówczas)decyzji w zakresie (ewentualnej) obniżki stóp procentowych.

Jeśli tak, to oznaczało to, że swoją cenę za zamiatanie pod dywan problemu kredytów indeksowanych kursem franka zapłacił również Skarb Państwa (w formie wyższych kosztów obsługi długu publicznego), a także osoby spłacające kredyty hipoteczne w złotych (opóźnione obniżki oprocentowania), przedsiębiorstwa, konsumenci, itp.

Kredyty indeksowane kursem franka (również te spłacane wcześniej) muszą więc zostać jak najszybciej zamienione na zwykłe kredyty złotowe z zastosowaniem kursu z dnia zaciągnięcia kredytu i po uwzględnieniu spłat rat dokonanych przez klienta, skorygowaniu kwoty kapitału pozostającego do spłaty, przedstawione klientowi do akceptacji i dalszej obsługi. Kredytobiorcy są właściwie jeszcze przed połową okresu ich spłaty i ewentualna restrukturyzacja zadłużenia nie powinna być zbyt dotkliwa dla banków.

Tym bardziej, że biorąc pod uwagę pogorszenie się sytuacji finansowej sektora bankowego w związku z kryzysem koronawirusa i konieczność podtrzymania jego stabilności, aktywny udział w rozwiązywaniu problemu kredytów frankowych powinno wziąć również państwo, ponieważ ponosi ono w równym co banki stopniu odpowiedzialność za rozwój tego kryzysu.

Brak właściwego nadzoru nad funkcjonowaniem sektora finansowego, opieszałość legislacyjna, niedowład instytucji państwowych delegowanych do ochrony konstytucyjnych praw obywateli, wszystko to spowodowało, że „kryzys frankowy” w Polsce urósł do tak horrendalnych rozmiarów.

Państwo powinno pójść śladem działań podjętych chociażby w Polsce latach 1990. na podstawie ustawy o restrukturyzacji finansowej przedsiębiorstw i banków i dokapitalizować sektor bankowy obligacjami skarbowymi w takim stopniu w jakim partycypuje on w rozwiązaniu „kryzysu frankowego”. Nie powinno się przy tym robić różnicy, czy są to banki państwowe, czy prywatne.

Doświadczenia amerykańskie po kryzysie finansowym 2007+ pokazały, że sprawnie działające państwo może błyskawicznie poradzić sobie nawet z najgłębszym kryzysem finansowym, jeśli odrzuci dogmaty, uprzedzenia i dostosuje charakter swych działań po prostu do aktualnych potrzeb gospodarki.

Na zakończenie, bankom pro memoriam warto przytoczyć wyrok sprzed kilku lat amerykańskiego sądu w sprawie R. J. Reynolds Tobacco (można sobie o nim przeczytać w internecie). Sąd zasądził na rzecz wdowy po nałogowym palaczu papierosów odszkodowanie w wysokości 23 mld dolarów (sic!), gdyż jak udowodniono, palacz uzależnił się od papierosów, co doprowadziło do jego przedwczesnej śmierci na raka. Palacz sam podejmował decyzję o paleniu, jednak to R. J. Reynolds Tobacco sprzedała mu toksyczny produkt.

Dr hab. Jan L. Bednarczyk, prof. ucz.

Autor jest byłym prorektorem Politechniki Radomskiej oraz wieloletnim dziekanem Wydziału Nauk Ekonomicznych i Prawnych Uniwersytetu Technologiczno-Humanistycznego w Radomiu. Założyciel i kierownik Katedry Polityki Ekonomicznej i Bankowości w latach 1993-2020. Od 1998 roku profesor Politechniki Świętokrzyskiej w Kielcach (Katedra Ekonomii i Finansów). W latach 1990. pracę na uczelni wiązał z pracą na stanowiskach kierowniczych w bankowości komercyjnej oraz w biznesie. Jest autorem wielu książek, artykułów oraz ekspertyz z zakresu polityki pieniężnej. Jego ostatnia książka to „Polityka stabilizacji cen a przeciwdziałanie recesji”.

RO

CZYTAJ TEŻ: Polska opodatkuje cyfrowych gigantów? Mocna wypowiedź ministra!

Powiązane tematy

Zapraszamy do komentowania artykułów w mediach społecznościowych